Łączna liczba wyświetleń

sobota, 24 marca 2018

Ze smutkiem zawiadamiamy o śmierci

Naszego bliskiego i zasłużonego Kolegi

JANUSZA GOSZTOWTTA

Honorowego Członka Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego

Wieloletniego Skarbnika Oddziału w Olsztynie

Rodzinie i Bliskim składamy wyrazy żalu i głębokiego współczucia

Zarząd, koleżanki i koledzy z Oddziału P.T.Z. w Olsztynie.




Zdjęcia z posta użytkownika Polskie Towarzystwo Ziemiańskie

wtorek, 6 lutego 2018

WIELKA GRABIEŻ WŁASNOŚCI PRYWATNEJ

Komunistyczne władze, dążące do przejęcia władzy w Polsce, planowały wyeliminować środowiska potencjalnie im przeciwne. Dlatego na mocy dekretu PKWN z dn. 6.IX.1944 r. postanowiono przeprowadzić tzw. reformę rolną czyli wywłaszczyć bez odszkodowania wszystkie majątki ziemskie o powierzchni ogólnej powyżej 100 ha, bądź 50 ha użytków rolnych, a na terenie woj. poznańskiego, pomorskiego i śląskiego jeżeli ich łączna pow. przekraczała 100 ha niezależnie od wielkości użytków rolnych. Wszystkie nieruchomości przechodziły na własność Skarbu Państwa bez żadnego odszkodowania, z przeznaczeniem na cele reformy rolnej. Dnia 12.XII.1944 r. uchwalono dekret o przejęciu na własność skarbu Państwa lasów i gruntów leśnych o obszarze ponad 25 ha. Wraz z nieruchomościami konfiskacie podlegał cały inwentarz żywy, zasiewy oraz wszelkie ruchomości jak meble, książki i przedmioty użytku osobistego. Wraz z nieruchomościami konfiskacie podlegał cały inwentarz żywy, zasiewy oraz wszelkie ruchomości jak meble, książki i przedmioty użytku osobistego.
 Tak więc przeprowadzenie reformy rolnej, sztandarowego hasła komunistów miało się odbyć kosztem prywatnej własności ziemskiej. Oba te akty były sprzeczne nie tylko z poczuciem sprawiedliwości i prawem międzynarodowym ale także z ówczesnym porządkiem konstytucyjnym. Art. 99 konstytucji RP z 17 marca 1921 r., utrzymany w mocy przez art. 81 konstytucji RP z 23 kwietnia 1935 r. chronił własność prywatną, uniemożliwiając wywłaszczenie bez odszkodowania. Przeprowadzenie reformy rolnej w Polsce w istocie miało spełnić funkcję polityczną, a nie ekonomiczną. Dążono do zniszczenia ziemiaństwa jako patriotycznie nastawionego środowiska poprzez rozdawnictwo ziemi zamierzano pozyskać do swoich celów chłopstwa.
 Na represyjny charakter dekretu wskazywał Trybunał Konstytucyjny w swoim postanowieniu z dnia 28.XI.2001 r. / sygn. akt SK 5/2001 / stwierdzając co następuje: „Dekret PKWN z 6.IX.1944 r. o przeprowadzeniu reformy rolnej nie tylko dokonywał zmian w strukturze własności rolnej lecz poprzez zakres i sposób jej przeprowadzenia niszczył ziemiaństwo jako grupę społeczną i kategorię wytwórców spełniającą określoną funkcję w strukturze ekonomicznej kraju”

Bezpośrednim i rzeczywistym celem dekretu była likwidacja ziemiaństwa jako najważniejszego wroga i liczącej się przeszkody w sowietyzacji kraju oraz podważenie prawnego i moralnego porządku społecznego, opartego na prawie własności. Ziemiaństwo stanowiło zagrożenia dla systemu komunistycznego i planów Stalina dotyczących całkowitego zniewolenia Polski.
Oczywiście ziemiaństwo nie było jedyna grupą społeczną, która ucierpiała w wyniku działań komunistycznej władzy. Była za to grupą, które te działania najbardziej dotknęły. Właściciele ziemscy pozbawieni zostali nie tylko podstaw egzystencji ekonomicznej ale także wyrzuceni ze swoich miejsc zamieszkania (dwory, pałace). Dodatkową szykaną był zakaz osiedlania się byłych właścicieli na terenie powiatu, na którym znajdował się majątek.

Polskie Towarzystwo Ziemiańskie nie akceptując od momentu swego powstania, bezprawnych aktów władzy ludowej, postulował podjęcie działań zmierzających do zadość uczynienia doznanym krzywdom. Niestety pomimo wielu prób polski parlament nie zdobył się dotychczas na uchwalenie ustawy reprywatyzacyjnej. Najbliżej tego momentu byliśmy w 2003 roku, kiedy to zaakceptowana już przez Sejm i Senat ustawa, została zawetowana przez ówczesnego prezydenta. Był to kolejny dowód, potwierdzający fakt, że partykularne interesy poszczególnych ugrupowań są ważniejsze niż rozwiązanie tej palącej sprawy.
Warto przy tym pamiętać, że Polska jest jedynym krajem z naszego regionu, w którym nie uregulowano kwestii restytucji mienia. Odłożenie regulacji stosunków własnościowych utrudnia, a chwilami wręcz zniechęca zachodni kapitał do inwestycji w Polsce.

Eksterminacja polskiego ziemiaństwa i inteligencji w latach 1944 – 1956 (patrz też podstrona Reprywatyzacja)

20 lipca 1944 roku powstał w Moskwie tzw. „Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego”(PKWN), przewidziany jako  tymczasowy organ władzy na terenie Polski po II wojnie światowej. Działał on do 31 grudnia 1944, na obszarze wyzwalanym spod okupacji niemieckiej – pomiędzy przesuwającą się linią frontu sowiecko-niemieckiego a Linią Curzona. PKWN funkcjonował pod polityczną kontrolą Stalina i realizował politykę ZSRR w Polsce.
Dekret pod nazwą Manifest PKWN, opracowany w Moskwie, wprowadzony został 22 lipca1944 roku przez agentów Stalina pod wodzą Bolesława Bieruta  (wybranego w 1947 roku, na podstawie sfałszowanych wyborów prezydentem  Polski). PKWN wydał 6 września 1944 roku „Dekret o reformie rolnej”, na podstawie którego pozbawiono majątków wszystkich właścicieli ziemskich w Polsce, bez odszkodowania.  Wraz z nieruchomościami konfiskacie podlegał cały inwentarz żywy, zasiewy oraz wszelkie ruchomości jak meble, obrazy, dzieła sztuki, książki i przedmioty użytku osobistego.  12 grudnia 1944 roku wydano dekret o upaństwowieniu lasów powyżej 25 ha. Oba dekrety, były niezgodne z obowiązującą wówczas konstytucją Rzeczypospolitej.
W okresie: wrzesień 1944 – grudzień 1945 wyrzucono z ich ojcowizny, dworów i pałaców właścicieli wraz z rodzinami, pozwalając niejednokrotnie zabrać ze sobą jedynie dobytek, który mogli unieść w rękach lub zmieścić na jednym wozie. Komuniści zakazali im osiedlania się na terenie powiatu, na którym znajdował się majątek. Ogółem, w latach 1944 – 1947 zostało zagarniętych ok. 14.000 majątków ziemskich, z tego na terenach w powojennych granicach Polski 10.000, obejmujących 3,5 mln hektarów (średnia wielkość majątku ok. 350 ha). Oprócz tego na Kresach wschodnich pozostało około 4.000 majątków obejmujących 2,0 mln hektarów (średnia wielkość majątku ok. 500 ha). Z 3,5 mln hektarów – 1,2 mln hektarów rozparcelowano pomiędzy 387 000 rodzin chłopskich. Średnio jedno gospodarstwo chłopskie otrzymało nieco ponad 3 hektary ziemi. Ich ekonomiczna rentowność z góry została skazana na niepowodzenie, gdyż chodziło o skolektywizowanie gospodarstw rolnych. Większość ziemi przejęło państwo tworząc Państwowe Gospodarstwa Rolne i tzw. „spółdzielnie produkcji rolnej”.
Ziemiaństwo stanowiło zagrożenie dla planów Stalina zmierzających  całkowitego zniewolenia Polski. Chodziło też o wykarczowanie tradycji ziemiańskich i wysokiej kultury. Ograbione w czasie II wojny światowej przez  hitlerowskie Niemcy i stalinowską Rosję  z dzieł sztuki polskie pałace i dwory, stanęły otworem dla rodzimych szabrowników.
Przed 1939 rokiem w Polsce było około 20.000 pałaców i dworów. Wszystkie zostały zagrabione właścicielom, na podstawie stalinowskiego dekretu.  Dekret o Reformie Rolnej z 6 września 1944 roku wsparto represyjnym dekretem o ochronie państwa, który przewidywał kary więzienia lub nawet śmierci za udaremnianie lub utrudnianie „reformy rolnej”. Na podstawie podobnych dekretów zostali pozbawieni majątków właściciele fabryk, banków, kamienic, aptek, lasów, papierów wartościowych. Oznacza to, że na rozkaz Stalina obrabowano prawie 10 procent ludności Polski z jej majątku, czyli ok. 2 mln osób. Najstarsze polskie rody zostały wyrzucone ze swej ojcowizny.
Pamiętać należy, że na skutek represji hitlerowskich i stalinowskich zostało zamordowanych ok. 30.000 przedstawicieli polskiej inteligencji ( w tym ziemian), a wielokrotnie więcej zostało wywiezionych do niemieckich obozów, na Sybir i pozostało za granicą (w USA, W. Brytanii, Francji i wielu innych krajach).
Po 1945 roku ziemianie w Polsce byli szykanowani przez władze komunistyczne, nie mogli dostać pracy (tylko fizyczną). Przykładem może być Stanisław Żółtowski z Kadzewa, wybitny intelektualista i świetny gospodarz, który po wojnie pracował jako portier w hotelu we Wrocławiu, „gdyż znał 4 języki, nie licząc łaciny i greki !”. Na porządku dziennym było usuwanie z pracy osób, które były „nieprawomyślne ideologicznie”. Wiele osób zostało zamordowanych przez UB (np. bohaterski rotmistrz Witold Pilecki) lub zaszczutych tak, że nie mogły normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Dzieci ziemian nie mogły dostać się na studia. Dotyczyło to wielu starych polskich rodów, zakorzenionych na tej ziemi od początków  państwa polskiego.  Azylem dla ziemian były biblioteki, wydawnictwa, w niektórych przypadkach instytuty hodowli zbóż, bydła i stadniny koni.
Ja, Panie, niechaj mieszkam w tym gnieździe ojczystym,
A Ty mię zdrowiem opatrz i sumieniem czystym…
…pisał Jan Kochanowski we fraszce na dom w Czarnolesie.
Warto uświadomić sobie, że z domów ziemiańskich pochodzą m.in.: Tadeusz Kościuszko (Mereczowszczyzna-Polesie), Kazimierz Pułaski – (Warka-mazowieckie), Józef Wybicki (Będomin-pomorskie), Fryderyk Chopin (Żelazowa Wola-mazowieckie), Adam Mickiewicz (Zaosie–d. nowogródzkie), Cyprian Kamil Norwid (Głuchy-mazowieckie), Henryk Sienkiewicz (Wola Okrzejska-mazowieckie), Ignacy Kraszewski (Romanów-lubelskie), Józef Piłsudski (Zułów–d. wileńskie), Ignacy Jan Paderewski (Kuryłówka–Podole), Stanisław Moniuszko (Ubiel-mińskie), Karol Szymanowski (Tymoszówka), Czesław Miłosz (Szetejny), gen. Bór-Komorowski, rotmistrz Witold Pilecki i wielu, wielu innych najwybitniejszych Polaków.

Opracowanie tekstu: Maciej RYDEL


piątek, 21 lipca 2017

List otwarty

Jam jest jednym z tych, co byli „solą ziemi” polskiej,
wnukiem ziemianina Teofila Rydzewskiego, aresztowanego w roku 1939 w wieku 75 lat
przez NKWD, skazanego na 8 lat ciężkich robot w sowieckim łagrze
i tam zmarłego w roku 1941,
synem ziemianina Jana Rydzewskiego – w PRL obywatela najgorszej kategorii
i „wroga społecznego” z racji pochodzenia z klasy ziemiańskiej

LIST OTWARTY
do Pana Prezydenta i do Pani Premier Rządu
Rzeczypospolitej Polskiej
w sprawie rewindykacji krzywd reformy rolnej z roku 1944
(uzupełnione powtórzenie z roku 2007)
Szanowny Panie Prezydencie, Szanowna Pani Premier,

Możecie tego dokonać – reprezentując obecnie w Polsce urzędy dysponujące, jak nigdy przedtem, mocą sprawczą o sile wyjątkowej, której nikt i nic z powojennych układów pro-sowieckich nie jest w stanie już teraz zawetować.

W uzasadnieniu tego apelu w imieniu wszystkich skrzywdzonych ziemian, przedstawiam opis-relację jak to było w 1939 roku i później w przypadku mojej rodziny.
Przed wybuchem II Wojny Światowej mieszkaliśmy we wsi Dreństwo (koło Rajgrodu, obecne woj. podlaskie), gdzie posiadaliśmy około 300 ha majątek ziemski zarządzany przez mojego ojca Jana Rydzewskiego, jako spadkobiercy dziadka Teofila, wówczas już w wieku 75 lat.
Słów kilka o dziadku Teofilu – urodzony jeszcze pod zaborem rosyjskim w 1864 r., odbył służbę wojskową w wojsku carskim, a po zwolnieniu z wojska, znalazłszy się bez środków do życia, wyjechał „za chlebem” do Stanów Zjednoczonych. Wrócił do kraju po kilku latach na wezwanie ze strony bezdzietnego stryja, który zapisał mu w spadku majątek Dreństwo.
Słów kilka o tym majątku/folwarku Dreństwo:
Był dwór murowany, blachą kryty – obiekt nieduży, jednorodzinny.
Od ogrodu był ganek i wejście dla właścicieli. Następnie był korytarz, skąd na prawo było wejście do pokoju Dziadka, na wprost drzwi do salonu i schody na strych, a drzwi na lewo prowadziły do pokoju stołowego. Pokój stołowy sąsiadował z sypialnią oraz z korytarzem prowadzącym do kuchni oraz do komórki gosposi. Z kuchni poprzez sień wychodziło się na podwórze i do studni po wodę.
Instalacja elektryczna i urządzenia sanitarne to była dopiero przyszłość, ale mieliśmy romantyczne oświetlenie lampami naftowymi oraz 2-osobowy wychodek w sadzie około 50 m od „dworu”.
Pod łóżkiem sypialni stacjonował fajansowy nocnik i było także stanowisko umywalki i dzbanek z wodą. W zimie można było przytulić się do ciepłego pieca opalanego drewnem.
Mieszkańcy tego dworu to Pan Starszy / Dziadek Teofil, Dziedzic / mój Ojciec Jan, Dziedziczka / moja Mama Lucyna oraz dwóch Paniczów: ja / berbeć 4-letni i mój brat Zbigniew/ niemowlę bez mała roczne. No i Gosposia zamieszkująca komórkę przy kuchni.
Podwórze/gumno okalały zabudowania gospodarcze: stodoła, obora z chlewnią, stajnia ze spichlerzem na poddaszu, natomiast bliżej „dworu” i studni znajdowały się kurniki, gęśniki, kaczniki oraz parnik do przygotowywania karmy dla wszelkiego rodzaju żywego inwentarza.
Było sielsko-anielsko, ale:
Krótko po 17 września 1939 roku dom nasz zaczęli nawiedzać sowieccy najeźdźcy, strasząc pepeszami wycelowanymi w naszym kierunku. Nie były to, jak widać, wizyty kurtuazyjne: najpierw zabrali ojcu dubeltówkę i broń krótką oraz kilka cennych przedmiotów z domu, później pojawiali się jeszcze kilkakrotnie, zawsze po to, aby coś jeszcze zrabować. Pamiętam taką „wizytę”, raczej burzliwą, kiedy schowałem się za krzak jaśminu przy ganku i przetrwałem tam w kucki, aż „goście” sobie poszli, zmieniając tylko czasem pozycję, aby jaśmin zawsze pozostawał pomiędzy mną a nimi. No cóż, wstyd się przyznać - nie byłem bohaterem.
Pozorny spokój, bezpośrednio po zajęciu kraju, przerywany tymi aktami terroru, zamienił się wkrótce w nieustanny lęk, gdyż okupant przystąpił do akcji wywożenia w głąb ZSRR tak zwanych wrogów ludu i nowego ustroju „sprawiedliwości społecznej”. Ojciec z racji przynależności do klasy posiadającej stał się najbardziej zagrożony, opuścił więc dom i zaczął się ukrywać – była to jakaś gajówka w lesie, gdzie spał na strychu pod dziurawym dachem, oglądając w nocy gwiazdy na zimowym nieboskłonie, a śnieg leżał przy jego posłaniu nie topniejąc.
Dziadek Teofil pozostawał z nami, to jest naszą mamą Lucyną z dwojgiem małych dzieci – miałem wtedy 4 lata, a mój brat Zbigniew około 1 roku. Dziadek pomimo ostrzeżeń ze strony przyjaciół nie chciał opuścić domu i się ukryć, powtarzając: „mnie starego nie wezmą, po co mam się tułać gdzieś po świecie”. Jakże się mylił – wzięli w dniu 15 stycznia 1940 r., NKWD zasądziło go jako wroga ludu na 8 lat ciężkich robót i wywiozło do ZSRR. Na nic się zdała petycja mieszkańców wsi Dreństwo, którzy chcieli Dziadka Teofila ratować, pamiętając jego dobroć oraz pomoc i wsparcie w trudnych chwilach ich życia.
Dziadek Teofil zmarł półtora roku później w dniu 11 sierpnia 1941 roku w łagrze Tiemłag w Mordowskiej ASRR z wyczerpania na skutek niewolniczej pracy i głodu.
Nastała władza ludowa, a raczej sowiecka, której ukazem mamę wraz z dziećmi wysiedlono z dworu do czworaków z dobytkiem ograniczonym do tego, co mogła unieść – a był to wózek dziecinny z moim bratem Zbigniewem, nieco odzieży, bochenek chleba i osełka masła. Pamiętam jak trzymany przez mamę za rączkę dreptałem w mróz siarczysty, a śnieg skrzypiał pod butami. Bez pomocy ze strony ludzi ze wsi długo byśmy nie przetrwali w nieopalanych czworakach i z pusta spiżarnią. Mniej więcej w tym samym czasie ojcu udało się zbiec do rodziny w Warszawie, wtedy już pod okupacją niemiecką. W niedługim czasie po tych wydarzeniach, a była to już niezwykle mroźna zima lat 1939/40 – mróz sięgał do – 400C, mamę ostrzeżono, że jest na liście do wywózki do ZSRR. Trzeba się było ratować, ale jak tego dokonać słabej kobiecie z dwojgiem nieletnich dzieci!? – Dwaj synowie naszej gosposi Pauliny Wiszowatej, Mieczysław i Bronisław, przyszli z bezinteresowną pomocą – podjęli wezwanie przeprowadzenia mamy z maluchami przez tak zwaną „zieloną granicę”, wtedy zasypaną głębokim śniegiem i skutą lutym mrozem. Kilka dni czekano, aż mróz nieco odpuści. Odpuścił, ale tylko do – 250C i ... poszli, brnąc przez zaspy i z duszą na ramieniu, aby nie natrafić na posterunek graniczny. Mieczysław niósł mnie za pazuchą, a Bronisław mojego brata Zbigniewa. Udało się – dotarliśmy niemal cudem do Warszawy, też okupowanej, ale w danych okolicznościach tutaj były większe możliwości przeżycia. Ponadto, rodzina znowu była w komplecie – brakowało nam tylko bardzo dziadka Teofila, który przepadł, bo nie przypuszczał, że reżim sowiecki może być aż tak podły.
Ale „tempora mutantur” – w 1941 roku zmienia się obraz okupacji Polski i polskie ziemie wschodnie znalazły się we władaniu Niemców, którzy mieli bardziej tolerancyjny stosunek do ziemiaństwa. Ponadto, trudno było mojej rodzinie nadal korzystać z gościnności krewnych w Generalnej Guberni w Warszawie, a następnie u rodziców mamy w Konopiskach pod Częstochową. Wracamy w rodzinne strony, co nie oznacza, że na własne gospodarstwo, gdyż na dworze okupant osadził swojego zarządcę – Austriaka, rolnika spod Wiednia. Początkowo przebywamy u znajomych - państwa Mościckich, właścicieli gospodarstwa rybackiego i młyna na Wojdach pod Rajgrodem. Nieco później ojciec znajduje zatrudnienie jako gajowy –zamieszkujemy w gajówce na Bielaku należącej do leśnictwa Orzechówka, na obrzeżach Czerwonych Bagien, niedaleko Woźnej Wsi. Trwało to czas jakiś – może z rok, dopóki austriacki zarządca majątku w Dreństwie nie dowiedział się, że wypędzony właściciel, pędzi życie gajowego w pobliskim sąsiedztwie. Ojciec otrzymuje ofertę nie do odrzucenia, aby wrócić do majątku na stanowisko ekonoma – nadzorcy całości prac „w polu i na zagrodzie” – była nawet propozycja zamieszkania we dworze razem z Austriakiem, ale rodzice uważali za bardziej właściwe w tych okolicznościach zamieszkanie we wsi w wynajętym pokoju z używalnością kuchni u przychylnej nam rodziny Waśkiewiczów. Tak trwało, dopóki nie odwróciły się losy wojny i ponowne nadejście sowietów stało się nieuchronne. Austriak okazał się porządnym facetem i zanim spakował się sam do odwrotu wezwał do siebie ojca i powiedział: Johann, bierz dwa najlepsze konie i jednego luzaka, furę, pakuj dobytek i uchodź z Dreństwa – dla Rosjan jako ziemianin będziesz wrogiem społecznym i wszystko może się zdarzyć, jeżeli zastaną was w Dreństwie. Znowu powędrowaliśmy do rodziny w Warszawie - tym razem wozem drabiniastym. Było lato 1944 roku, wojna miała się ku końcowi, ale my mieliśmy jeszcze przeżyć najgorsze – Powstanie Warszawskie. Było wypędzenie nas z domu przed jego podpaleniem, najpierw zagrożone rozstrzelaniem co 10-go mieszkańca, przejście pod kulami do domu zakonnego „Roma”, a stamtąd po kilku dniach przemarsz przez płonącą Warszawę w obstawie Niemców, a następnie Własowców, do Pruszkowa. Stąd miejscem docelowym pierwszych konwojów był Oświęcim. Zrządzeniem opatrzności jeszcze raz mieliśmy szczęście – obóz w Oświęcimiu był już przepełniony i skierowano nasz pociąg do Reichu w okolicach Stuttgart’u na roboty przymusowe. Tutaj doczekaliśmy wyzwolenia przez wojska amerykańskie. Dalsze koleje naszego losu to repatriacja, chociaż nie było do czego wracać – los naszego domu i majątku dokonał się jeszcze przed naszym powrotem do kraju dekretem o reformie rolnej. Byliśmy bezdomni i chociaż nasz dom stał nienaruszony, przestał już być naszym domem. Przed powrotem do Polski, mogła być Kanada, Australia, inne miejsca na ziemi, gdzie człowiek mógł godnie zacząć nowe życie – ojciec chciał jednak wracać do Polski, która była Ojczyzną jego i jego przodków. Wróciliśmy. Przygarnęli nas rodzice mamy w Konopiskach pod Częstochową. Ojciec zaczął szukać pracy i mieszkania wędrując po kraju – ostatecznie osiedliśmy w Gdańsku. Dalekie i nieosiągalne Dreństwo było wciąż tematem naszych wspomnień, żyło w naszej wyobraźni i podświadomości. Nawet raz odważyliśmy się tam pojechać. Był to wyjazd mojej mamy ze mną po jakieś rzeczy, które przechowała dla nas nasza dawna gosposia, Paulina Wiszowata. Byliśmy w Dreństwie tylko dwa dni. Już na trzeci dzień do gosposi zajechał gazik z Urzędu Bezpieczeństwa i zaczęło się wypytywanie, czego ta dziedziczka tutaj szukała. Byli czujni... Rozporządzenie władz zakazywało byłym właścicielom ziemskim przebywanie bliżej niż 30 km od miejsca, gdzie znajdowała się ich siedziba i majątek ziemski przed reforma rolną. Życie w PRL’u z piętnem wroga społecznego z samej tylko racji pochodzenia społecznego, zwłaszcza we wczesnym okresie trwania tej zniewolonej Polski, było dla moich rodziców pasmem prywacji i upokorzeń. Nie doczekali niepodległej Polski, zmarli zbyt wcześnie w poczuciu krzywdy, która im się stała niezasłużenie.
Opisałem w niemal telegraficznym skrócie swój i swojej rodziny los człowieczy, pojedynczy ciąg zdarzeń w skali całego kraju – każda rodzina ziemiańska w Polsce mogłaby dopisać tutaj swoją historię w PRL’u, mniej lub bardziej smutną, a może także tragiczną – powstałaby saga obejmująca losy tysięcy skrzywdzonych bez umiaru rodzin ziemiańskich.
Aby stworzyć sobie zaledwie zgrubne pojęcie jak haniebnie postąpiono z klasą ziemiańską wystarczy zacytować tylko:
§ 11. (1) Przejęciu od właścicieli ziemskich nie podlegają:
a) przedmioty służące do osobistego użytku właściciela przejmowanego majątku i członków jego rodziny, jak np.: ubrania, obuwie, pościel, biżuteria, meble, naczynia kuchenne itp., nie mające związku z prowadzeniem gospodarstwa rolnego oraz jeżeli nie posiadają wartości naukowej, artystycznej lub muzealnej,
b) zapasy artykułów spiżarni domowej,
c) zwierzęta i ptaki pokojowe.
z Rozporządzenia Ministra Rolnictwa i Reform Rolnych z dnia 1 marca 1945 r. w sprawie wykonania dekretu PKWN z dnia 6 września 1944r. o przeprowadzeniu reformy rolnej.
Cały pozostały dobytek podlegał przejęciu, a człowiek wyrzucony w ten sposób na bruk lub błoto drogi wioskowej nie miał nawet gdzie podziać się z tym szczątkowym dobytkiem, który zdołał uzyskać/wynegocjować z mniej lub bardziej swobodnej interpretacji powyższego paragrafu przez komisarzy wykonawczych reformy.
Nie przysługiwało nawet zabranie psa uwiązanego przy budzie na łańcuchu lub kury, bo nie było to ani zwierzę, ani ptak pokojowy – brzmi to wszystko jak szyderstwo tych, których etyka nie zakazywała kopać leżącego.
Aż strach pomyśleć, co by się działo, gdyby „sprawiedliwość społeczna” w rozumieniu roku 1944 powróciła do współczesnej Polski – a byłoby się do czego przyczepić, bo Polacy „odkuli się” już po wojennych stratach – niektórzy nawet bardzo ...
Ktoś mógłby mnie zapytać:
Po co to piszesz, czemu jeszcze walczysz i upominasz się o zadośćuczynienie za krzywdę, którą wyrządzono ci tak dawno, jesteś starym człowiekiem na emeryturze, ciesz się z tego, że jeszcze żyjesz.
Jest mi ciepło, mam dach nad głową, nie jestem głodny, ale wiem i czuję, że jestem coś winien cieniom swoich zmarłych rodziców oraz pamięci dziadka zamęczonego w sowieckim łagrze. Jestem im winien upomnieć się o to, co było im drogie i na co oni, jak również ci, co byli przed nimi, pracowali w trudzie i znoju. Nigdy nie wraca w pełnym wymiarze to, co zostało nam zabrane, ale coś wrócić powinno, aby móc to przekazać swoim dzieciom i wnukom, razem z pamięcią o tym, co było i jak było.

Panie Prezydencie, Pani Premier reprywatyzacja to wciąż sprawa do załatwienia – Polacy na to czekają, nie wszyscy, niektórzy czekają na załatwienie innych spraw, jest ich jeszcze moc do załatwienia, ale sprawa reprywatyzacji ziemian, przynajmniej w formie częściowej rewindykacji za krzywdę dziejową Anno Domini 1944 jest już bardzo, bardzo zaległą sprawą.
Chciałbym doczekać jej załatwienia. Pośpieszcie się.
Proszę o to dla siebie i tysięcy innych, którzy także czekają.
I jeszcze krótkie addendum finalne – retrospekcja do działań wrogiego nam mocarstwa w latach 1939 i 1944, aby ziemianie, „sól ziemi polskiej”, przestali istnieć na wieki wieków wraz ze swoimi szlachetnymi zasadami etycznymi i polskim patriotyzmem.
To nie Polacy przeprowadzili reformę rolną w 1944 r. Stwierdzenie to w pierwszej chwili może się wydawać zaskakujące, ale jest to fakt historyczny. Percepcja tego faktu przychodzi samorzutnie, gdy prześledzi się casus klasyczny wydziedziczenia ziemian na ziemiach wschodnich naszego kraju, opisany w tekście podstawowym tego listu. Na tych ziemiach, zapisanych na rzecz ZSRR w pakcie Ribbentrop-Mołotow, ziemianie utracili swoją ziemię i siedliska rodowe już w wyniku zagarnięcia w 1939 roku tych ziem przez sowieckiego najeźdźcę. Nie nastąpiło również odzyskanie przez ziemian tej zagarniętej własności, kiedy później cała Polska znalazła się pod okupacją niemiecką w następstwie napaści Niemiec na ZSRR.
Koniec wojny i pojawienie się Sowietów ponownie w Polsce tylko utrwaliły status quo ziemian z 1939 roku, który został rozszerzony dekretem PKWN z 1944 r. o reformie rolnej na resztę Polski w jej powojennym kształcie. Zrealizowała się polityka Stalina, aby zniszczyć ziemiaństwo jako klasę społeczną. – eksterminacja porównywalna z Katyniem i innymi miejscami kaźni Polaków, może mniej spektakularna, ale jakże skuteczna. Albowiem nie zawsze kończyło się na zaborze ziemi i siedlisk rodowych – były łagry, więzienia, eksterminacja fizyczna za rzekome lub faktyczne działanie przeciw „władzy ludowej” oraz inne rodzaje prześladowań.
Cytowany powyżej dekret o reformie rolnej władz z importu – produkt najemników i sługusów obcego mocarstwa, a nie Polaków, obywateli niezawisłej Polski, był już tylko próbą formalnego usankcjonowania działań dokonanych, które „prawem kaduka” następowały zawsze w ślad za wojskami sowieckimi, kiedy wkraczały na teren Polski – za pierwszym i za drugim razem.
Więc jeszcze raz powtórzę – nie było polskiej reformy rolnej. Było tylko przestępstwo o tej nazwie, popełnione przez wrogów Polski, rękami niby Polaków.
Reforma rolna w wykonaniu prawdziwych Polaków wyglądałby zupełnie inaczej.
Hańbą jest, że kolejne ekipy rządzące poprzednio oraz teraz już niepodległej Polski, nie kwapią się, a raczej ociągają, aby naprawić chociaż w części krzywdę wyrządzoną tysiącom synów i córek tej ziemi przez obcych.
Wciąż czekamy na ludzi szlachetnych i prawych, którzy dokonają korekty tego zła z importu i uczynią sprawiedliwość dziejową.
Panie Prezydencie, Pani Premier - to może być Wasze dokonanie !

Gdańsk, dnia 2 lipca 2017 r.

Jerzy Rydzewski





czwartek, 26 maja 2016

70 lat bezprawia.


Zagłada polskich dworów i bierność III RP


Druga wojna światowa i ustrojowe zmiany, jakie po niej zaszły, oznaczały nie tylko koniec Polski niepodległej, ale także zagładę Polski ziemiańskiej.

Przeprowadzona w 1945 r. parcelacja majątków ziemskich, połączona z wyrzuceniem bez odszkodowania ich prawowitych właścicieli, spowodowała nieodwracalne zmiany na polskiej wsi. Dwór, który był dotąd nierozerwalnie związany z naszą historią i trwale wpisany w pejzaż Polski, został przez nową władzę brutalnie usunięty. I nie chodziło tylko o same zabudowania, materialne ślady ziemiańskiej kultury, której jest synonimem. Nowa władza doskonale zdawała sobie sprawę, że bez pozbawienia warstwy ziemiańskiej własności i bez wykorzenienia jej ze wsi nie będzie możliwe wprowadzenie nowego systemu w kraju. Dlatego rzeczywisty cel reformy rolnej miał charakter polityczny, a nie – jak to próbowano przedstawiać – społeczny czy też ekonomiczny. Przerwana została kilkusetletnia, polegająca na wzajemnej zależności i współpracy, współegzystencja dwóch ośrodków – dworu i wsi. Dwór był nośnikiem postępu rolniczego, cywilizacyjnego, największym pracodawcą i bastionem patriotyzmu w terenie. Wieś korzystała z dworskich lasów, pastwisk; jej mieszkańcy znajdowali tam miejsce zatrudnienia i zawsze mogli liczyć na pomoc w potrzebie.
Dewastacja kontrolowana
W praktyce nie wystarczyło jednak wyrzucenie dawnych właścicieli. Pozostawione przez nich dwory były świadectwem dawnej kultury i wciąż oddziaływały na lokalną wyobraźnię. Toteż zamiast zaadaptować budynki do nowych potrzeb, tak aby mogły służyć lokalnej społeczności, celowo godzono się na ich dekapitalizację i stopniowe popadanie w ruinę. Gdy już nie nadawały się do remontu, były rozbierane bądź same ulegały zawaleniu przy całkowitej bierności, a nieraz i aprobacie miejscowych władz. W okresie PRL-u zniszczona została zdecydowana większość polskich dworów, pozbawiając nas tym samym istotnej części polskiego dziedzictwa kulturowego. Wbrew obiegowym opiniom to nie działania wojenne, okupacja czy też wrogie armie dokonały aktu zniszczenia, ale nowa, ludowa władza i wprowadzana przez nią obłędna ideologia.
Niszczenie ziemiańskiego świata
Proces niszczenia ziemiaństwa polskiego rozpoczął się wcześniej, podczas wojny z bolszewikami w 1920 r. Dotknął on tylko wschodnią część Polski, ale zniszczenia miały charakter totalny. Dla bolszewików dwory i ziemiaństwo były wrogiem numer jeden, a metody, jakimi z nimi walczono, były iście barbarzyńskie. Ci, którzy nie zdołali uciec, byli mordowani, zabudowania i wyposażenie zaś celowo dewastowano. Świat utrwalony w monumentalnej pracy R. Atanazego „Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej”, w której autor opisał na podstawie wspomnień i strzępków fotografii dawne wspaniałe, wypełnione dziełami sztuki i rodzinnymi pamiątkami kresowe rezydencje, odszedł bezpowrotnie.
Później, po dwudziestu latach względnej stabilizacji okresu międzywojennego, nastąpiły dwie okupacje, podczas których ziemianie byli postrzegani jako wrogowie. O ile na terenach przyłączonych do Rzeszy wszyscy ziemianie dostali nakaz natychmiastowej eksmisji, a na ich miejsce osadzono zarządców niemieckich, to na terenie Generalnego Gubernatorstwa tolerowano dawnych właścicieli. Z kolei to, co spotkało ziemiaństwo we wschodniej części kraju, zajętej przez armię sowiecką, było prawdziwą hekatombą. Zostało ono z całą mocą zniszczone z powodów ideologicznych, a ci, których wkraczające wojska nie wymordowały, byli wysyłani do łagrów. Koniec wojny przyniósł ostateczną zagładę ziemiańskiego świata, a końcowym tego akordem był już wspomniany dekret o reformie rolnej.
Zaniedbania III RP
Niestety, wbrew nadziejom środowiska ziemiańskiego, sytuacja nie uległa zmianie po odrodzeniu się wolnej Polski w 1989 r. Pomimo wielu prób nie doszło do uchwalenia ustawy reprywatyzacyjnej, która choć w części rekompensowałaby straty, jakie ta grupa poniosła. Te dwory, które jeszcze przetrwały, nie tylko nie powróciły do prawowitych właścicieli, ale dalej niszczeją. Świadczy to o całkowitym niedocenieniu czy wręcz lekceważeniu naszego dziedzictwa kulturowego. Dwór polski, który przez wieki był ostoją kultury, patriotyzmu i oświaty, mógłby z powodzeniem taką rolę pełnić dalej, z korzyścią dla kraju i obywateli.
Marcin K. Schirmer
; Autor jest wiceprezesem Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego

Czerwona apokalipsa polskiego ziemiaństwa


Czerwona apokalipsa polskiego ziemiaństwa
Bolszewicka nawałnica wkraczająca do Polski 17 września uderzyła w będące ostoją polskości na Kresach dwory. Dla bolszewików jednym z głównych celów była eksterminacja elity polskiej, której ziemiaństwo było częścią.

Mieszkańcy Kresów do dziś pamiętają dzień sprzed 73 lat - 17 września 1939 r. wypadł w niedzielę. Jak co tydzień zgromadziliśmy się w położonej przy zamku kaplicy. W pewnym momencie po dachu zagrzechotały kule. Wskoczyliśmy pod ławki, kaplica została ostrzelana przez samolot, który przyleciał ze Wschodu. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że Związek Sowiecki zadał Polsce cios w plecy - opowiada „Rzeczpospolitej” Jan Dowgiałło.

Dla ziemiaństwa wspomnienie wkraczających czerwonoarmistów wciąż pozostaje żywe. - Przez pierwsze dwa dni przed bramą przelewała się szara rzeka bolszewickiej piechoty. Co to była za zbieranina! Nieobrębione szynele, karabiny na sznurkach. Do dziś pamiętam unoszący się nad nimi fetor. Pot, bród, nieprzetrawiony alkohol - wspomina Dowgiałło. On i jego rodzina mieszkała w zamku w Nowomalinie na Wołyniu. 12 km od Ostroga, 5 km od granicy ze Związkiem Sowieckim. Ojciec Jana Dowgiałło został aresztowany przez sowiecką bezpiekę. NKWD zamordowało go wiosną 1940 roku a ciało zostało najprawdopodobniej pogrzebane w masowej mogile w podkijowskiej Bykowni. Zamek został splądrowany przez bolszewików, a na przełomie 1943 i 1944 roku wysadzili go w powietrze Niemcy.

Wielu z ziemian podejmowało decyzję o opuszczeniu majątków i chroniło się w okupowanej przez Niemców Warszawie. Dwory padały łupem sowieckiego najeździ i ukraińsko-białoruskiej czerni. Bolszewicy w swojej rewolucyjnej „pracy” liczyli na polskich chłopów. Mimo aktywnej agitacji chłopi nie garnęli się do nowej rabacji. Wręcz przeciwnie, wielu z nich brało aktywny udział w obronie mieszkańców dworu i ich dobytku. Jeżeli dochodziło do mordów, to ich sprawcami byli na ogół miejscowi przestępcy.

Los taki spotkał między innymi rodzinę Skirmunttów. Rodzeństwo Bolesław, Roman i Helena Skirmunttowie zostali zamordowani przez zrewoltowane chłopstwo białoruskie 17 września w majątku Porzecze. Równie tragicznie sowiecka napaść skończyła się dla Henryka i Marii Skirmunttów mieszkających w Mołodowie. Ten ostatni mord był wyjątkowo brutalny - rodzeństwo zostało uprowadzone i zakopane żywcem. 19 września grupa Ukraińców zamordowała Kazimierza Harsdorfa, właściciela dóbr w województwach stanisławowskim i tarnopolskim. Straszliwie skatowany nożami i kijami skonał ukryty pod łóżkiem w chłopskiej chacie w majątku Leszczańce.

Jednak głównymi sprawcami zbrodni byli sami bolszewicy. Wobec polskiego ziemiaństwa stosowali te same bestialskie metody jakie 20 lat wcześniej podczas rewolucji stosowali wobec rosyjskiej szlachty.

Michał Krasiński, właściciel majątku Bojary w województwie grodzieńskim, został aresztowany przez sowieckich żołnierzy i rozstrzelany na skrzyżowaniu polnych dróg. Jego ciało wrzucono do rowu melioracyjnego i długo nie pozwalano pogrzebać. Stanisław Gelewski, obrońca Lwowa z 1918 roku, właściciel majątku Szumlany Wielkie w województwie tarnopolskim, został osądzony przez sąd doraźny NKWD w chacie miejscowego sołtysa. Oskarżenie: gnębienie chłopów. Wyrok: śmierć. Zabity na miejscu. Pochował go na podwórku sołtysa wierny sługa. Helena Brzozowska, mieszkająca w majątku Górnofel w województwie nowogrodzkim, została utopiona w studni wraz z kilkuletnią córką.

- Ci właściciele ziemscy, którzy przetrwali pierwszą falę mordów, zostali aresztowani i zamordowani podczas operacji katyńskiej. Inni trafili do łagrów. Po 17 września świat kresowych dworów przestał istnieć - powiedział prof. Krzysztof Jasiewicz. Według jego obliczeń Sowieci podczas II wojny światowej zamordowali 1897 polskich ziemian.

piątek, 11 grudnia 2015

Wypędzeni, wymordowani, wyszydzeni

Zniszczenie ziemiaństwa polskiego było bodaj najpotworniejszym, bo najbardziej nieodwracalnym cięciem w zbrodniczej lobotomii, której przed siedemdziesięciu laty poddano Polaków. Operacja ta wyeliminowała z szarej tkanki narodu nie tylko znaczną część ośrodków odpowiedzialnych za pamięć – ale także za zdolności motoryczne ogłuszonego pacjenta. Wściekły atak na ziemiaństwo był bowiem nie tylko atakiem na polską tradycję narodową w samym jej mateczniku, ale także, a może przede wszystkim, śmiertelnym ciosem w bazę materialną, bez której nie może być mowy o jakiejkolwiek indywidualnej niezależności, a więc w odniesieniu do narodu – o niepodległości.


Rola polskiego dworu nie ograniczała się bynajmniej – jak wielu dzisiaj sądzi – do funkcji dekoracyjno‑sentymentalnych. Owszem – dwór był nierzadko najpiękniejszym, bo najmniej prowizorycznym, a najbardziej stałym, nierzadko wręcz odwiecznym elementem polskiego pejzażu prowincjonalnego. Ale przecież jego estetyka ściśle odpowiadała funkcjonalności – ta zaś wynikała przede wszystkim z autentycznych potrzeb i realnych możliwości gospodarczych. Dwór polski zapisany w legendzie literackiej: Soplicowo, Nawłoć, Wierna rzeka czy Wilko – to obraz o tyle mało realistyczny, że stanowczo za mało w nim po prostu codziennej, ciężkiej pracy. Bo polski dwór był przede wszystkim ośrodkiem zarządzania przedsiębiorstwem rolno‑spożywczym. Zasada zastaw się, a postaw się na dłuższą metę tu nie działała – kto żył ponad stan, ten i ziemię tracił, i sam dwór wraz z nią. Ci zaś, co trwali, zapewniali podstawy materialne nie tylko własnemu klanowi – ale całemu narodowi.




Dobrze wiedzieli o tym wszyscy jawni wrogowie i fałszywi przyjaciele niepodległej Polski – dlatego dwór polski stawał się pierwszą ofiarą ich akcji zaborczych i pacyfikacyjnych. To ziemiaństwo – jako oczywistą ostoję i esencję polskości – brano na celownik podczas „legitymowania ze szlachectwa” prowadzonego przez władze carskie po kolejnych powstaniach. Notabene: kto inny te powstania prowokował – ale to ziemiaństwo przede wszystkim płaciło rachunki. Płaciło daniną krwi ziemian poległych, więzionych, zesłanych – i ruiną majątków, plądrowanych i konfiskowanych.

Wystarczy jeden przykład z historii poprzedniego stulecia: nie byłoby wszak żadnej partyzantki ani nawet konspiracji w terenie na większą skalę, gdyby nie właśnie ziemiańskie dwory – ogniwa akcji „Tarcza” (albo: „Uprawa”, „Ochrona”, „S1”), w ramach której koordynowano pracę zaplecza materialnego AK. Była to praca systematyczna i wymierna (w gotówce i w naturze) – i bynajmniej niepozbawiona najwyższego ryzyka.
Gdyby nie „Uprawa”–„Tarcza” – przyznawał po wojnie generał Bór‑Komorowski – Armia Krajowa nie mogłaby była spełnić wielu swoich zasadniczych zadań (…) opieka „Tarczy” uchroniła od głodu, demoralizacji i rabunku wiele oddziałów partyzanckich powstających jak grzyby po deszczu po 1943 roku.
Jaka była cena tego patriotycznego zaangażowania? Proszę wziąć do ręki i bodaj tylko przerzucić monumentalną, dwutomową Listę strat ziemiaństwa polskiego 1939–1945 opracowaną przez profesora Krzysztofa Jasiewicza…

Stara złodziejska doktryna
Władza komunistyczna nie przypadkiem właśnie „panów” i „obszarników” plasowała na czele listy przeznaczonych do eliminacji „wrogów ludu” – obok innej kategorii najgorszych burżujów‑wyzyskiwaczy: fabrykantów, kamieniczników, kułaków (tj. szczególnie gospodarnych chłopów) i klechów (tj. samowystarczalnych proboszczów lub przeorów). Ich wszystkich trzeba było obrabować pod pretekstem „przywracania ludowi jego własności”, by następnie zabrać się za wszystkich pozostałych.

Po posiadaczach znaczniejszych majątków stopniowo bowiem przychodziła pora na posiadaczy czegokolwiek. Na początek jednak trzeba było jednych poszczuć na drugich – najprościej: zachęcając do rabunku albo przynajmniej współuczestnictwa w paserstwie. Dokonano tego, sięgając do ugruntowanego repertuaru propagandy rewolucyjnej: ogłoszono tak zwaną „reformę rolną”. Komuniści sowieccy wcale nie musieli wykonywać tej pracy od podstaw – co najmniej połowę roboty wykonali za nich wcześniej rodzimi rzecznicy „postępu”. Już przed wojną poważne sukcesy odniosła wszak agitacja wśród „ludu pracującego miast i wsi” – prowadzona nie tylko przez sowiecką agenturę, ale i przez rodzimych szermierzy „postępu”. Chodziło o spektakularne zakwestionowanie prawa własności. A ziemiaństwo było idealnym, bo w gruncie rzeczy bezbronnym kandydatem na pierwszą ofiarę.

Komuniści mieli doskonałe wyczucie w tej sprawie – rozumieli, że ludzie zaproszeni do współuczestnictwa w grabieży staną się automatycznie zakładnikami „władzy ludowej”, która umożliwiwszy im chwilowe wzbogacenie, tym łatwiej będzie mogła ich samych wyzuć później z wszelkiej własności, zapędzając do kołchozów. W Polsce proces ten nie został na szczęście sfinalizowany z taką konsekwencją, jak w wypadku innych podbitych narodów. Ale puszczone wówczas w ruch mechanizmy propagandy judzącej przeciwko „dworom i pałacom” były identyczne. A jak trwałe, tego dowodzą do dziś pokutujące w propagandzie Post‑PRL‑u klisze propagandowe, które jeszcze po śmierci obrażają pamięć dobrych Polaków i dobrych gospodarzy – polskich ziemian.

Przede wszystkim zaś trwają – jako integralny element systemu prawa obowiązującego w Polsce – słynne „dekrety wywłaszczeniowe” PKWN. Bezprawie dokonane za PRL przez polskojęzyczną władzę sowiecką zostało po latach podżyrowane i opatrzone pieczęcią z orłem w koronie przez Post‑PRL.

Ziemię odebrano obszarnikom jak najzupełniej słusznie – możemy przeczytać na forum internetowym „Gazety Wyborczej” – obszarnicy bowiem, aby posiąść swoje latyfundia, musieli najpierw wydziedziczyć z tej ziemi chłopów, którzy pracowali na niej odwiecznie. Reforma rolna była po prostu aktem dziejowej sprawiedliwości. Tak więc i dziś zdaje się prawym dziedzicom idei Proudhona i Lenina, że własność to kradzież. Z tym fundamentalnym nonsensem nie będziemy tu szerzej polemizować. Zauważmy tylko, że o ile nabycie własności w dawnej Polsce wiązało się częstokroć z publicznymi aktami wierności Rzeczypospolitej, Koronie Polskiej, czy personalnie Królowi Jegomości – o tyle nabycie własności w PRL i Post‑PRL wiązało się z reguły z aktami niewierności, nielojalności, odstępstwa od idei i praktyki polskiej niepodległości. To fundamentalna różnica – na naszą niekorzyść, rzecz jasna.

Warto też wspomnieć, że przynależność do stanu rycerskiego bynajmniej nie była dawnymi czasy pojmowana jako li tylko przywilej. Bo to był przede wszystkim obowiązek wiernej służby – aż do ofiary z własnego życia, o majątku nie mówiąc, w wojennej potrzebie na każde Ojczyzny wezwanie. I był ten obowiązek pojmowany i realizowany bardzo dosłownie – aż do samoniszczącej przesady. Właśnie z tego powodu bynajmniej nie każdemu chłopu czy mieszczaninowi marzył się szlachecki klejnot – czego dziś nie pojmuje mentalność zdefektowana przez jakobińską i bolszewicką propagandę.

Niepowetowana szkoda dla całej Polski
Zagłada ziemiaństwa – czy to przez dosłowną, fizyczną eksterminację (zabójstwa, wywózki i więzienia), czy to przez deklasację (wypędzenie i szykanowanie) – dokonała się ze szkodą nie bynajmniej samych ziemian tylko. Jest to niepowetowana strata dla całego narodu i cios w najżywotniejsze ośrodki całej polskiej cywilizacji. Wyeliminowano bowiem jedyną w polskiej strukturze społecznej tak liczną grupę ludzi mimo wszystkich wyjątków jednak normatywnie pracowitych i pobożnych – a zarazem wolnych i na swą miarę niezależnych, bo niefundujących rodzinnej egzystencji na państwowym etacie czy zagranicznej dotacji. Ludzi niezależnych od kaprysów innych w dostatecznym stopniu, by przynajmniej przy własnym stole – czy za oknem rządzą akurat Moskale, czy Prusacy – mogli sobie pozwalać na fanaberię bycia Polakiem.

Ile jest dziś w Polsce takich rodzinnych kręgów, w których niepodległość może być podtrzymywana bez obawy, że zagrozi to karierze partyjnej lub korporacyjnej? Sytuacja rysuje się pod tym względem niewątpliwie bardziej tragicznie niż jeszcze przed stu laty – zanim (sic!) Polska odzyskała niepodległość.

W naładowanym faktografią, a zarazem łamiącym serce filmie dokumentalnym Andrzeja Gajewskiego Zagłada ziemiaństwa polskiego (prod. Film Open Group 2013) Rafał Ziemkiewicz przytacza mrożącą krew w żyłach anegdotę z okresu „transformacji” lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Oto pytany wówczas o sprawę tak zwanej reprywatyzacji, tj. możliwości zwrotu mienia zagrabionego przez komunistów prawowitym właścicielom Bronisław Geremek (1932–2008), jeden z czołowych wówczas demiurgów Post‑PRL‑u miał wyjaśnić, że nic takiego w żadnym wypadku nie nastąpi, bo to nie nasz elektorat. Nie dziwota więc, że na tak zaprojektowanym fundamencie wyrasta nam tu od ćwierćwiecza coś tak dalece odbiegającego od marzeń o wolnej Polsce. Marzeń, które przecież przez stulecia piastował i przechował właśnie polski dwór.

Grzegorz Braun

Dewastacja kontrolowana, czyli jak doprowadzono do zagłady Polskę ziemiańską. PRL dokończył robotę zaczętą przez bolszewików, a III RP lekceważy problem…


Przeprowadzona w 1945 r. parcelacja majątków ziemskich, połączona z wyrzuceniem bez odszkodowania ich prawowitych właścicieli, spowodowała nieodwracalne zmiany na polskiej wsi. Dwór, który był dotąd nierozerwalnie związany z naszą historią i trwale wpisany w pejzaż Polski, został przez nową władzę brutalnie usunięty. I nie chodziło tylko o same zabudowania, materialne ślady ziemiańskiej kultury, której jest synonimem. Nowa władza doskonale zdawała sobie sprawę, że bez pozbawienia warstwy ziemiańskiej własności i bez wykorzenienia jej ze wsi nie będzie możliwe wprowadzenie nowego systemu w kraju.

 Dlatego rzeczywisty cel reformy rolnej miał charakter polityczny, a nie – jak to próbowano przedstawiać – społeczny czy też ekonomiczny. Przerwana została kilkusetletnia, polegająca na wzajemnej zależności i współpracy, współegzystencja dwóch ośrodków – dworu i wsi. Dwór był nośnikiem postępu rolniczego, cywilizacyjnego, największym pracodawcą i bastionem patriotyzmu w terenie. Wieś korzystała z dworskich lasów, pastwisk; jej mieszkańcy znajdowali tam miejsce zatrudnienia i zawsze mogli liczyć na pomoc w potrzebie. 



Dewastacja kontrolowana

W praktyce nie wystarczyło jednak wyrzucenie dawnych właścicieli. Pozostawione przez nich dwory były świadectwem dawnej kultury i wciąż oddziaływały na lokalną wyobraźnię. Toteż zamiast zaadaptować budynki do nowych potrzeb, tak aby mogły służyć lokalnej społeczności, celowo godzono się na ich dekapitalizację i stopniowe popadanie w ruinę.

 

Zniszczony dwór ziemiański w majątku Lisiogóra woj.Warszawskie gm. Przasnysz.
fot. 2010 rok.

 Gdy już nie nadawały się do remontu, były rozbierane bądź same ulegały zawaleniu przy całkowitej bierności, a nieraz i aprobacie miejscowych władz. W okresie PRL-u zniszczona została zdecydowana większość polskich dworów, pozbawiając nas tym samym istotnej części polskiego dziedzictwa kulturowego. Wbrew obiegowym opiniom to nie działania wojenne, okupacja czy też wrogie armie dokonały aktu zniszczenia, ale nowa, ludowa władza i wprowadzana przez nią obłędna ideologia.
Niszczenie ziemiańskiego świata

Proces niszczenia ziemiaństwa polskiego rozpoczął się wcześniej, podczas wojny z bolszewikami w 1920 r. Dotknął on tylko wschodnią część Polski, ale zniszczenia miały charakter totalny. Dla bolszewików dwory i ziemiaństwo były wrogiem numer jeden, a metody, jakimi z nimi walczono, były iście barbarzyńskie. Ci, którzy nie zdołali uciec, byli mordowani, zabudowania i wyposażenie zaś celowo dewastowano.
Świat utrwalony w monumentalnej pracy R. Atanazego „Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej”, w której autor opisał na podstawie wspomnień i strzępków fotografii dawne wspaniałe, wypełnione dziełami sztuki i rodzinnymi pamiątkami kresowe rezydencje, odszedł bezpowrotnie.
Później, po dwudziestu latach względnej stabilizacji okresu międzywojennego, nastąpiły dwie okupacje, podczas których ziemianie byli postrzegani jako wrogowie.
O ile na terenach przyłączonych do Rzeszy wszyscy ziemianie dostali nakaz natychmiastowej eksmisji, a na ich miejsce osadzono zarządców niemieckich, to na terenie Generalnego Gubernatorstwa tolerowano dawnych właścicieli. Z kolei to, co spotkało ziemiaństwo we wschodniej części kraju, zajętej przez armię sowiecką, było prawdziwą hekatombą. Zostało ono z całą mocą zniszczone z powodów ideologicznych, a ci, których wkraczające wojska nie wymordowały, byli wysyłani do łagrów. Koniec wojny przyniósł ostateczną zagładę ziemiańskiego świata, a końcowym tego akordem był już wspomniany dekret o reformie rolnej.

Zaniedbania III RP

Niestety, wbrew nadziejom środowiska ziemiańskiego, sytuacja nie uległa zmianie po odrodzeniu się wolnej Polski w 1989 r. Pomimo wielu prób nie doszło do uchwalenia ustawy reprywatyzacyjnej, która choć w części rekompensowałaby straty, jakie ta grupa poniosła. Te dwory, które jeszcze przetrwały, nie tylko nie powróciły do prawowitych właścicieli, ale dalej niszczeją. Świadczy to o całkowitym niedocenieniu czy wręcz lekceważeniu naszego dziedzictwa kulturowego. Dwór polski, który przez wieki był ostoją kultury, patriotyzmu i oświaty, mógłby z powodzeniem taką rolę pełnić dalej, z korzyścią dla kraju i obywateli.
Marcin K. Schirmer
; autor jest wiceprezesem Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego

piątek, 8 maja 2015

Zaświadczenie jako podstawa wpisu do ksiąg wieczystych


 Dziś wyciąg z kilku orzeczeń i uchwał Sądu Najwyższego odnośnie podstawy wpisu Skarbu Państwa do ksiąg wieczystych prowadzonych dla nieruchomości przejętych na podstawie dekretu z dnia 6 września 1944 r. o przeprowadzeniu reformy rolnej (między innymi uchwała Sądu Najwyższego z dnia 27 września 1991 r., sygn. akt III CZP 90/91, uchwała Sądu Najwyższego z dnia 28 kwietnia 1994 r., sygn. akt III CZP 49/94, postanowienie Sądu Najwyższego z dnia 23 sierpnia 1995 r., sygn. akt III CRN 34/95, wyrok Sądu Najwyższego z dnia 25 marca 1999 r., sygn. akt III RN 165/98, postanowienie Sądu Najwyższego z dnia 12 grudnia 2007 r., sygn. akt V CSK 322/2007).

Na wstępie jedynie jeszcze przypomnę, że zgodnie z dekretem PKWN z dnia 6 września 1944 r. o przeprowadzeniu reformy rolnej na cele reformy rolnej przejęte zostały między innymi grunty stanowiące własność albo współwłasność osób fizycznych lub prawnych, jeżeli ich rozmiar łączny przekraczał bądź 100 ha powierzchni ogólnej, bądź 50 ha użytków rolnych. Własność nieruchomości przechodziła na rzecz Skarbu Państwa ex lege, czyli z mocy prawa, bez żadnej rekompensaty.

Stosownie do art. 1 ust. 4 dekretu z dnia 8 sierpnia 1946 r. o wpisywaniu w księgach hipotecznych (gruntowych) prawa własności nieruchomości przejętych na cele reformy rolnej wpisy na rzecz Skarbu Państwa prawa własności nieruchomości ziemskich wymienionych w art. 2 ust. 1 lit. b, c, d i e dekretu o przeprowadzeniu reformy rolnej następują na wniosek właściwego wojewódzkiego urzędu ziemskiego, a w myśl art. 1 ust. 1 powołanego dekretu z dnia 8 sierpnia 1946 r. tytułem do dokonania takich wpisów jest zaświadczenie wojewódzkiego urzędu ziemskiego stwierdzające, że nieruchomość jest przeznaczona na cele reformy rolnej według powołanych wyżej przepisów dekretu o przeprowadzeniu reformy rolnej.

Zaświadczenie wojewódzkiego urzędu ziemskiego stwierdzające, że nieruchomość jest przeznaczona na cele reformy rolnej, stosownie do art. 2 ust. 1 lit. e dekretu PKWN z dnia 6 września 1944 r. o przeprowadzeniu reformy rolnej, nie jest decyzją administracyjną. Rozstrzygnięcie natomiast, czy dana nieruchomość nie podpada pod działanie wymienionego przepisu, następuje w drodze decyzji administracyjnej.

W ocenie Sądu Najwyższego nie ma podstawy do przyjęcia, że wymienione zaświadczenie stanowi w istocie decyzję administracyjną. W chwili, gdy zaświadczenie to zostało kreowane przez prawodawcę jako tytuł uzasadniający wpisanie w księdze wieczystej prawa własności nieruchomości na rzecz Skarbu Państwa obowiązywało rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 22 marca 1928 r. o postępowaniu administracyjnym (Dz. U. 1928 r. Nr 36 poz. 341 ze zm.), które regulowało załatwienie spraw administracyjnych (art. 68 i nast.) i określało, że załatwienie takich spraw co do ich istoty następuje w formie decyzji (art. 72 ust. 2). Obowiązujące wówczas prawo wyróżniało więc jako formę załatwienia sprawy przez organ administracji państwowej decyzję i konsekwentnie akt załatwiający - w wyniku odpowiedniego postępowania - sprawę administracyjną co do jej istoty określało mianem „decyzji”. Aczkolwiek wydawanie zaświadczeń nie było zinstytucjonalizowane tak, jak jest obecnie pod rządem kodeksu postępowania administracyjnego po jego nowelizacji ustawą z dnia 31 stycznia 1980 r. o Naczelnym Sądzie Administracyjnym oraz o zmianie ustawy - Kodeks postępowania administracyjnego (Dz. U. 1980 r. Nr 4 poz. 8 ze zm.), ale i wtedy znana i szeroko wykorzystywana była instytucja zaświadczeń wydawanych przez organy administracji państwowej, które stanowiły urzędowe potwierdzenie określonych faktów lub stanu prawnego. Jeżeli więc dekret z dnia 8 sierpnia 1946 r. o wpisywaniu w księgach hipotecznych (gruntowych) prawa własności nieruchomości przejętych na cele reformy rolnej wydawany przez wojewódzki urząd ziemski dokument stwierdzający, że nieruchomość jest przeznaczona na cele reformy rolnej, określa mianem „zaświadczenia” i jego wydania nie uzależnia od przeprowadzenia jakiegokolwiek postępowania, nie można uznać, że jest to w istocie decyzja administracyjna.

Na marginesie można również dodać, że w doktrynie prawa administracyjnego dostrzegane są trudności przy stanowczym rozróżnieniu pomiędzy decyzjami administracyjnymi o charakterze deklaratywnym, potwierdzającymi jedynie istnienie pewnych praw lub obowiązków, a zaświadczeniami zawierającymi takie same stwierdzenia (por. art. 217 i nast. k.p.a.).

Przepisy o przeprowadzeniu reformy rolnej posługują się zarówno pojęciem „zaświadczenie”, jak i pojęciem „decyzja” i nie czynią tego przypadkowo.
Według art. 2 ust. 1 zd. ostatnie dekretu o przeprowadzeniu reformy rolnej nieruchomości przeznaczone na cele reformy rolnej z mocy prawa stały się własnością Skarbu Państwa. Stwierdzenie tej okoliczności zaświadczeniem wydanym przez wojewódzki urząd ziemski celem ujawnienia nowego stanu prawnego w księdze wieczystej jest treścią art. 1 ust. 1 dekretu z dnia 8 sierpnia 1946 r. o wpisywaniu w księgach hipotecznych (gruntowych) prawa własności nieruchomości przejętych na cele reformy rolnej. Prawodawca jednak najwidoczniej zdawał sobie sprawę, że w praktyce mogą powstać wątpliwości co do tego, czy dana nieruchomość przeszła na własność Skarbu Państwa na podstawie przepisów o reformie rolnej. Dlatego § 5 ust. 1 rozporządzenia Ministra Rolnictwa i Reform Rolnych z dnia 1 marca 1945 r. w sprawie wykonania dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z dnia 6 września 1944 r. o przeprowadzeniu reformy rolnej (Dz. U. 1945 r. Nr 10 poz. 51 ze zm.) przewiduje, że orzekanie w sprawach, czy dana nieruchomość podpada pod działanie przepisu art. 2 ust. 1 lit. e dekretu o przeprowadzeniu reformy rolnej należy do kompetencji wojewódzkich urzędów ziemskich, które - jak wprost wynika to z § 5 ust. 2 powołanego rozporządzenia - orzekają o tym w formie decyzji (od której stronom przysługuje prawo odwołania do Ministra Rolnictwa i Reform Rolnych). Akt wydany na podstawie § 5 rozporządzenia, o którym mowa, jest zatem decyzją administracyjną, decyzją taką nie jest zaś zaświadczenie wojewódzkiego urzędu ziemskiego stwierdzające - na potrzeby wieczysto-księgowe - że nieruchomość jest przeznaczona na cele reformy rolnej.

Nie jest natomiast dokumentem, na podstawie którego można dokonać w księdze wieczystej wpisu prawa własności Skarbu Państwa protokół przejęcia majątku na cele reformy rolnej. Protokół taki ma jedynie znaczenie jako urzędowe poświadczenie faktu, że majątek został objęty zarządem państwowym (art. 6 dekretu PKWN z dnia 6 września 1944 r. o przeprowadzeniu reformy rolnej).

Według natomiast obecnego stanu prawnego podstawę wpisu na rzecz Skarbu Państwa prawa własności nieruchomości ziemskiej przejętej na cele reformy rolnej stanowi zaświadczenie wojewody, stwierdzające, że nieruchomość ta przeszła na własność Skarbu Państwa w trybie dekretu z 6 września 1944 r. o przeprowadzeniu reformy rolnej.

Polskie dwory.

Polskie Towarzystwo Ziemiańskie: 2 tys. polskich dworów popada w ruinę

Dwa tysiące polskich dworów popada w ruinę - podało Polskie Towarzystwo Ziemiańskie w 70. rocznicę uchwalenia przez PKWN dekretu o reformie rolnej likwidującej majątki ziemskie. Według Towarzystwa co drugi niszczejący obiekt można jeszcze uratować.
Polskie Towarzystwo Ziemiańskie na piątkowej konferencji prasowej zaapelowało o ostateczne uregulowanie stosunków własnościowych i uchwalenie ustawy reprywatyzacyjnej. Jak podkreśla, obecny stan prawny uniemożliwia ubieganie się o zwrot mienia lub odszkodowanie spadkobiercom majątków ziemskich.
"Opowiadamy się za ustawowym rozwiązaniem sprawy poprzez uchwalenie ustawy reprywatyzacyjnej, wzorem innych państw w tej części Europy. Powinno ono polegać na zwrocie składników majątkowych, tam gdzie jest to możliwe w naturze oraz wypłacie rekompensaty w ekwiwalentnej wysokości, w pozostałych przypadkach" - odczytał na konferencji tekst petycji prezes Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego Marcin K. Schirmer. Petycja została skierowana o prezydenta, premiera i marszałków obu izb parlamentarnych
Reforma rolna sprzed 70 lat objęła również niemające nic wspólnego z produkcją rolną dwory i pałace ziemian. Znacjonalizowane obiekty często były oddawane wraz z ziemią Państwowym Gospodarstwom Rolnym.
"Dzisiaj w Polsce nie ma ani jednego całego założenia dworskiego z funkcjonującą infrastrukturą, które przetrwałoby PRL" - mówił na konferencji dokumentalista polskich dworów i wiceprezes Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego dr Maciej Rydel. Obecnie po polskim ziemiaństwie - według jego szacunków - pozostało 3 tys. dworów. 2 tys. obiektów jest niezagospodarowana i popada w ruinę, co drugi z nich można jeszcze uratować. Spośród pozostałego 1 tys. ocalałych dworów prawie połowę posiadają gminy, dwory i pałace funkcjonują jako szkoły, domy dziecka, mieszkania gminne, domy pomocy społecznej itd. 350 obiektów znajduje się w rękach nowych prywatnych właścicieli, 90 dworów należy do potomków przedwojennych właścicieli. W 64 pałacach i dworach funkcjonują muzea.
"Dzisiaj w Polsce nie ma ani jednego całego założenia dworskiego z funkcjonującą infrastrukturą, które przetrwałoby PRL" - mówił na konferencji dokumentalista polskich dworów i wiceprezes Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego dr Maciej Rydel. Obecnie po polskim ziemiaństwie - według jego szacunków - pozostało 3 tys. dworów. 2 tys. obiektów jest niezagospodarowana i popada w ruinę, co drugi z nich można jeszcze uratować.
Jak ocenia wiceprezes towarzystwa, walory historyczne i architektoniczne zachowało 150 obiektów - 1 proc. stanu sprzed wojny. W 1939 r. w ówczesnych granicach polskiego państwa znajdowało się blisko 20 tys. wiejskich dworów i pałaców; po II wojnie światowej 4 tys. obiektów zostało odciętych nową granicą.
"Wśród popadających w ruinę dworów wiele stanowi cenne zabytki architektury ziemiańskiej i szlacheckiej" - mówił Rydel. Wymienił m.in. renesansowy dwór w Graboszycach (małopolskie), barokowe dwory w Kotlinie, Łopuchowie, Siedmiorogowie, Giżycach (wielkopolskie), Miłonicach (łódzkie), pałac w miejscowości Mordy (mazowieckie) czy klasycystyczne obiekty w Pławowicach i Nadzowie (małopolskie) i pałac z XIX w. w Sobieszynie (mazowieckie). Jak podkreślił, w Polsce nie ma żadnego państwowego programu ratowania zabytków kultury ziemiańskiej.
Według Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego brak rozwiązań reprywatyzacyjnych dotyczących majątków ziemskich dotyka również gospodarkę. "W aktualnym stanie prawnym jest duża niepewność inwestycyjna. Jako jedyne uprawnienie byłych właścicieli obowiązuje prawo pierwszeństwa, co np. dla dzierżawców, którzy chcą wykupić dzierżawione przez siebie ziemie, oznacza, że nie mogą tego zrobić. Pojawienie się jakichkolwiek roszczeń reprywatyzacyjnych w stosunku do nieruchomości rolnych blokuje sprzedaż nieruchomości rolnych" - mówił adwokat dr Bogusław Kosmus.
"Reforma rolna tak naprawdę została przeprowadzona na polecenie Józefa Stalina. Powołując Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN) miał na celu stworzenie ośrodka władzy całkowicie zależnego od decyzji moskiewskich" - przypomniała historyk IPN Agnieszka Łuczak. Dekret o reformie rolnej uchwalony 6 września 1944 r. był jedną z pierwszych decyzji PKWN. Chodziło o pozyskanie warstw chłopskich i likwidację polskiego ziemiaństwa. "Reforma rolna polegała na odbieraniu ziemianom majątków bez jakichkolwiek odszkodowań, zabierano wszystko, ruchomości, nieruchomości. Postanowiono nadać działki ziemi chłopom bezrolnym i upełnorolnić gospodarstwa powyżej 5 ha" - mówiła historyk IPN. Według niej odzew społeczny był niewielki, bo chłopi obawiali się kolektywizacji.
Konferencja prasowa została zorganizowana w ramach dwudniowej konferencji naukowej IPN o ekonomicznej sytuacji ziemiaństwa w XIX i XX w. (PAP)

piątek, 1 sierpnia 2014

O honor ziemiaństwa polskiego.

  • List otwarty do Społeczeństwa Polskiego, z dn. 19 XII 1993
  • Do Sejmu, Senatu, Prezydenta, Rządu i do Społeczeństwa Rzeczypospolitej Polskiej!
  •          Niniejszym zwracam się do wyżej wymienionych Instancji Narodowych z prośbą o anulowanie Ustawy/Dekretu o Reformie Rolnej PKWN (z dn. 1944-09-06) i o przywrócenie należnych mi praw własnościowych i spadkowych do majątków ziemskich:
  •                     Paniewo (ca 238 ha) pow. Konin (własność mojego Ojca Teodora Karnkowskiego),
  •                     Wiecinin (ca.389 ha) pow. Koło (własność mojego Dziadka Jana Bartoszewicza) i
  •                     Wiśniewa (ca.410 ha) pow. Konin (własność mojego Stryja Jerzego Karnkowskiego).
  •          Majątki te zostały przekazane w stanie niezniszczonym wraz z zabudowaniami, zasiewami, inwentarzem żywym i martwym zgodnie z odpowiednimi protokółami służbie folwarcznej, w ramach pozyskiwania zwolenników przez ówczesne władze komunistyczne. Wartości te podobnie jak wartości uzyskane w późniejszym czasie przez tzw. nomenklaturę należy uznać jako pochodzące z kolaboracji z ustrojem komunistycznym i po upadku tego ustroju należy zwrócić właścicielom, wzgl. spadkobiercom zgodnie z odpowiednimi ogólnie obowiązującymi zasadami prawa cywilnego.
  •          Uważam, że Państwo i Społeczeństwo Polskie (zgodnie z Kartą Praw Człowieka) nie może dopuszczać do dyskryminacji jednej warstwy społeczeństwa przez inną i powinno dbać o przywrócenie zasad prawa cywilnego na swym terenie. Reforma Rolna była oparta na państwowym akcie prawnym i z dobrodziejstwa jej korzystało pośrednio całe społeczeństwo (brak potrzeby płacenia renty gruntowej), RP przejęła wszystkie aktywa i pasywa po PRL dlatego uważam, że jest w pełni odpowiedzialna za właściwe załatwienie tej sprawy i koszty tej operacji nie mogą w żadnym przypadku obciążać osób poszkodowanych tzw. Reformą Rolną, ani ich spadkobierców.
  •          Zgodnie z zasadami prawa cywilnego dla sprawy nieistotne są narodowość, obywatelstwo, miejsce zamieszkania, czy rasa właścicieli wzgl. spadkobierców; istotne jest jedynie czy są prawnymi właścicielami, wzgl. spadkobiercami czy nie.
  •          Jestem przekonany, że w/w argumenty zostaną uwzględnione, właściwe ustawodawstwo odpowiednio dopasowane, a moja prośba spełniona, za co z góry składam podziękowania.
  •          Kazimierz KARNKOWSKI (Baden, Szwajcaria)

    Komentarz: Wywłaszczenie i jego geneza.
  •          • W Ciągu mojego życia dwa razy byłem wypędzony z domu rodzinnego. Raz przez Niemców w 1939 r. 3, a drugi raz przez Polaków po powrocie z wysiedlenia w 1945 r. Nie chciałbym, żeby mi się w przyszłości te dwa fakty kojarzyły.
  •          • W 1945 r. zostałem z domu rodzinnego wypędzony, a dom moich Rodziców został zburzony, abyśmy, jak powiedzieli tamtejsi mieszkańcy nigdy tam już nie wrócili. Postępowanie podobne jak obecnie w Bośni, nad którą leje się nieszczere łzy krokodyle; zamiast czystki etnicznej, praktykowana była wówczas czystka klasowa. Taki sam los spotkał moich Dziadków, Wujów, Stryjów i krewnych ze strony mojej i mojej żony razem kilkadziesiąt tysięcy polskich rodzin.
  •          • Osoby, które wypędzały nas z naszych domów rodzinnych nie miały z ideologią komunistyczną nic wspólnego. Ich motywem była jedynie chęć koniunkturalnego wzbogacenia się za cenę kolaboracji z reżimem komunistycznym.
  •          • Brak ziemi nie może tu być argumentem. W 1945 r. na tzw. Ziemiach Odzyskanych ziemi było więcej niż chętnych.
  •          • Argument, że ludzie, którzy uzyskali ziemię z parcelacji zapracowali na to przez stulecia pańszczyzny nie wytrzymuje krytyki. Sprawa pańszczyzny została załatwiona przez uwłaszczenie w XIX w. (zainteresowanych odsyłam do książki A. Bienia: „Bóg wysoko dom daleko").
  •          • Ciekawe, że przy prywatyzacji nie oddano robotnikom i pracownikom na własność względnie do ewentualnego spieniężenia fabryk, hut i kopalni zbudowanych w czasie PRL. Przecież ci też tam pracowali, a analogia narzuca się sama przez się.
  •          • Twierdzenie, ze jakoby jednej niesprawiedliwości nie można zastępować nową krzywdą jest niemożliwe do zaakceptowania. Od kiedy to zwrócenie komuś jego własności nazywa się krzywdą. Na taką argumentację czekały pokolenia zwykłych złodziei.
  •          • Należy odrzucić także ewentualny zarzut prywaty. Dochodzenie prawa własności jest jedną z podstawowych zasad prawa cywilnego i z prywatą nie ma nic wspólnego.











  • Dlaczego w Polsce nie ma reprywatyzacji? UKRYTA PRAWDA.

    Uczciwa, rodzinna własność skutecznie przeciąga wahadło wyborcze na prawą stronę. Stwarza potężna grupę ludzi o ugruntowanym poczuciu swego miejsca w życiu społecznym.




    W przypadku powrotu prawdziwych, polskich elit natychmiast opadłby blichtr z różnorakich „dyżurnych katolików”, podejrzanej konduity „pasterzy”, nowych europejczyków maści wszelkiej - primo voto wyznawców Lenina i Stalina oraz unii pod egidą Kominternu, gwiazd dziennikarstwa i nadredaktorów, o „autorytetach moralnych” i niemoralnych nie wspominając. Polacy zdefiniowaliby w końcu swoje zasadnicze interesy i nie głosowaliby od Sasa do lasa, pod dyktando mediów. Uczciwa, wielopokoleniowa, rodzinna własność bowiem skutecznie przeciąga wyborcze wahadło na prawą stronę. Stwarza potężną grupę ludzi o ugruntowanym poczuciu swego miejsca w życiu społecznym. Stwarza stały, prawicowy elektorat, co doskonale dyscyplinuje partie polityczne.

    Niezależne ekonomicznie polskie elity, oparte na prywatnej, wielopokoleniowej własności i tradycji nie ulegną tak łatwo wpływom obcych i rodzimych antypolskich sił. Zbyt wiele miałyby do stracenia, w tym nazwisko, twarz i honor, pojęcia kompletnie niedostępne większości dzisiejszych polityków. Własność i tradycja tworzy bowiem klasę polityczną o silnym instynkcie państwowym, o klarownych aspiracjach, niekoniunkturalnych i bardziej weryfikowalnych. Iluż mamy wyrazistych posłów? Nie chodzi o oryginałów, hucpiarzy, zadymiarzy czy oczywiste ułomności umysłowe. Pytam o posłów, o których wiemy z całą pewnością, o co konkretnie walczą w naszym imieniu i czy w ostateczności nie poddają się tzw. dyscyplinie partyjnej, co nimi kieruje, jaki duch? Gdzie są dobre, polskie nazwiska w rządzie, administracji, parlamencie, w dyplomacji? W dziennikarstwie w końcu, skoro mamy epokę wszechwładztwa mediów? Tak oczywiste w kręgach ziemiańskich przed wojną, ale i do dzisiaj, pytanie: „a z których to ……skich?” nie było li tylko oznaką kastowości. Było natychmiastowym ustaleniem, z kim ma się do czynienia, czy jest to osoba godna zaufania etc.. Gdy dzisiaj zadamy takie pytanie w stosunku chociażby do „autorytetów moralnych” – to włos jeży się na głowie! / „Panie redaktorze, a z których to Michników?”/

    Tak więc te „autorytety”, jako się rzekło, ustaliły pod Okrągłym Stołem, że po tak znojnej, gangsterskiej robocie ich tatusiów trwającej od 1944 roku, w nowej Polsce prawdziwych, polskich elit nie będzie, ergo – nie zwróci się majątków polskim przemysłowcom, ziemianom, kupcom, rolnikom, właścicielom domów i parceli, by, opierając się na własności, nie wysforowali się w sposób naturalny na szpicę społeczeństwa. Wygląda na to, że było to jednym z warunków dopuszczenia do oficjalnego życia politycznego dla wszelkich, systemowych ugrupowań, z opozycyjnymi włącznie. Obok, naturalnie, panaMichalkiewiczowskiego „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych”.

    Łże-elity? To prawda. Wykształciuchy? Też prawda. Brak prawdziwych, polskich elit? Całkowita prawda. Niechęć do odtworzenia właśnie tych prawdziwych elit? Absolutna prawda, dotycząca, niestety, również formacji, która rozbudziła nadzieję na prawdziwą Polskę, czyli Prawa i Sprawiedliwości. Swoją wypowiedzią przed wyborami parlamentarnymi w 2005 roku, że jest przeciwnikiem reprywatyzacji, Jarosław Kaczyński sprawił, że duża część osób, oczekujących na zwrot zagrabionej własności przerzuciła ostatecznie swoje głosy na Platformę, wtedy będącą oficjalnie /choć pozornie/ „za”. Głosowali po prostu za swoją wytęsknioną własnością. Gdyby Kaczyński tych głosów nie stracił – być może inaczej wyglądałyby proporcje w sejmie, a i rządy PiSu.

    Trudno to wytłumaczyć „przeoczeniem” wytrawnych polityków, stojących na czele tej partii, zda się, szanujących polską historię i tradycję, chcących umocnienia państwa. Widocznie niechęć Pisu do reprywatyzacji musi mieć chyba inne uwarunkowania. Postępowanie w myśl dyrektywy Michnika, przytoczonej na początku, by nie uszczuplać złodziejskiego majątku kumpli od geszeftu okrągłostołowego? Niedopuszczenie do powrotu prawdziwych, polskich elit, by zachować całkowitą władzę nad zbaraniałym, pozbawionym możliwości ekonomicznych - a więc i politycznych - narodem? Zamienionym w stado bydła roboczego do płacenia podatków i wieczystych „odszkodowań” międzynarodowym filutom wiadomego „przemysłu”, czy też kolejnym filutom od przekrętu z CO2? Nie mającego wpływu na narodowe bogactwa naturalne? Rządzonym de facto przez media, w których to koło łże-elit się zamyka? A może chodzi o jakieś europejskie, bliskowschodnie czy amerykańskie układy, zawarte ponad narodem?

    Dlaczego kłamliwie wmawia się Polakom, że państwa nie stać na reprywatyzację? Że reprywatyzacja obciąży podatników? Że, jak to ujął Jarosław Kaczyński, nie ma powodu, by biedny, polski podatnik płacił byłym właścicielom? Kto więc czerpał zyski przez 67 lat z używania cudzego majątku? Kto, w paskudnym, paskarskim procederze handluje od 1989 roku tym majątkiem, mimo zastrzeżeń dawnych właścicieli i spadkobierców? Na co są przeznaczane zyski z tego paserstwa?

    Zdaje się, że najbardziej emocjonuje przeciwników reprywatyzacji własność ziemska. Otóż
    ziemianie nie chcą pieniędzy! Chcą zwrotu ziemi i domów, lub tego, co z tych domów pozostało. NIE ROSZCZĄ SOBIE PRETENSJI DO ZIEMI, KTÓRĄ DOSTALI CHŁOPI W RAMACH REFORMY ROLNEJ /Uchwała Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego/. Ziemianie chcą reprywatyzacji w naturze i zwrotu 100% własności tam, gdzie jest to możliwe, lub reprywatyzacji mieniem zamiennym, bądź bonami kapitałowymi.

    Jak się rzekło, nikt tej ziemi z Polski nie wywiózł na szczęście. Na północy i zachodzie Kraju ciągną się popegeerowskie pustki i ugory, owo mienie zamienne /ale przecież nie jedyne/.  Na co i na KOGO ta ziemia czeka? KTO zasuflował uchwalenie drańskiego prawa, na podstawie którego za mała chwilę KAŻDY będzie mógł kupić w Polsce ziemię rolną? KOGO będzie na to stać? Już Niemcy tylko przebierają nogami, by w ramach jakiejkolwiek polityki, np. regionalnej, objąć te ziemie w ponowne posiadanie i w sposób pokojowy odwrócić skutki rozpętanej przez siebie wojny. Państwo niemieckie zawsze miało pieniądze na wspieranie swoich obywateli w starym, niemieckim Drang nach Osten.

    Dlaczego nie zreprywatyzowano tymi ziemiami Kresowian, gdy WYWALCZYLI sobie w Strasburgu rekompensaty za utracone na wschodzie mienie? Przecież Stalin „dał w zamian”, po zagrabieniu naszych Kresów, ziemie północne i zachodnie? Dlaczego obciążono kresowymi rekompensatami budżet i podatników? O co tutaj chodzi? Co jest w tej ziemi takiego, że nie można jej zwrócić Polakom? Kto to ustalił? Z kim? Kiedy? Kto z polityków dotrzymuje tych „umów”?

    Dlaczego nowi, szemrani krezusi mogą kupować od Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa /to właśnie ten paser/ gigantyczne obszary ziemi, jeżeli bolszewickie ustawy nacjonalizacyjne dalej obowiązują? Bo właśnie tak orzekają polskie sądy!

    Spójrzmy na profil prawny. Grabieży polskich majątków dokonano w trybie całkowicie pozakonstytucyjnym. Utworzony w ZSRS tzw. „Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego” wydał w Lublinie, 22 lipca 1944 roku manifest, zwany „Manifestem Lipcowym”, na podstawie którego dokonano bezprzykładnego pozbawienia własności wielu Polaków. W tym czasie działał w Londynie legalny rząd polski na wychodźstwie i obowiązywała konstytucja z kwietnia 1935 roku, która w sprawach ziemskich opierała się na konstytucji marcowej z 1921 roku. Konstytucja marcowa stanowiła, że państwo może skonfiskować ziemię jedynie dla ważnych celów i za odszkodowaniem. Art. 49 Konstytucji kwietniowej uprawniał do wydawania dekretów z mocą ustawy jedynie prezydenta RP, wówczas – Władysława Raczkiewicza. Prawo inicjatywy ustawodawczej przysługiwało rządowi /art. 50/, wówczas pod przewodnictwem Stanisława Mikołajczyka. PKWN nie miał w ogóle żadnych uprawnień do inicjatywy ustawodawczej, a co dopiero w zakresie wydawania dekretów z mocą ustawy.

    W 1994 roku Sąd Najwyższy wydał opinię określającą akty wywłaszczające – dekret PKWN z 6 września i obwieszczenie Ministerstwa Rolnictwa i Reformy Rolnej z 17 stycznia 1945 roku – jako akty wydane z oczywistym naruszeniem norm konstytucyjnych. Trybunał Konstytucyjny w uchwale z 16 kwietnia 1996 roku podkreślił, że PKWN, który wydał dekret, na podstawie którego ograbiono Polaków, był organem pozakonstytucyjnym. TK zajął w tej sprawie również stanowisko w swym orzeczeniu z 20 listopada 2001 roku. Warto również spojrzeć na przywołane powyżej dekrety, na tryb oraz faktyczny sposób wywłaszczeń przez pryzmat konstytucji z 1997 roku, by stwierdzić oczywiste sprzeczności między nimi, a gwarantowanymi prawami obywatela.

    Wszystko to nie ma najmniejszego znaczenia wobec ziemian i chłopów w zadekretowanym przez Michnika „państwie prawa”. Tak więc jeżeli ustawy nacjonalizacyjne obowiązują do tej pory, jak to w kilku sentencjach orzekały polskie sądy w sprawach o reprywatyzację, to do roboty, organa jawne, tajne i dwupłciowe! Nacjonalizować krezusów i rozkułaczać pomniejszych właścicieli ziemi, o zakładach przemysłowych i firmach różnorakich nie wspominając! To byłoby dopiero konsekwentne „państwo prawa”, takie, jakim je widza polskie sądy. A co za eldorado dla Skarbu Państwa! Istne perpetuum mobile i remedium na ciągłe braki w kasie. No, jeśli nie ma tej konsekwencji, to znaczy, że są tacy, co mogą mieć i tacy, co nie mogą, czyli ziemianie. Powody tej różnicy wyjaśniłam wyżej.

    Co do konkretnych pieniędzy – słuch zaginął o funduszach na przeprowadzenie i wsparcie reprywatyzacji z Banku Światowego czy o funduszu PHARE. Swego czasu było o nich głośno. Gdzie są? Jaka to skala? Na temat tych pieniędzy zapadła grobowa cisza. Dlaczego żaden z posłów nigdy nie podniósł tej kwestii? Dlaczego nikt, nigdy nie zapytał o najważniejszy i najbogatszy bank rolny, o Towarzystwo Kredytowo – Ziemskie? Dlaczego powstało Polskie Towarzystwo Ziemiańskie, a nie Związek Ziemian – kontynuacja przedwojennej organizacji ziemiańskiej, który mógłby dochodzić przedwojennych aktywów? /Gminy żydowskie z tym problemem, jak wiemy, poradziły sobie./

    Czy to wszystko są jedynie zwykłe przypadki, zaniedbania, niezręczności, brak głębszej refleksji i zwykła głupota? Po 22 latach „nowej” Polski można stwierdzić z cała pewnością, że brak reprywatyzacji w Polsce jest świadomą, celową, zaplanowaną, antypolską polityką, wywodzącą się ze zmowy „elit” administrujących „tym krajem”, gdyż polskie ziemiaństwo i polska klasa średnia jest dla tych „elit” największym zagrożeniem. Wyjęcie sporej i szczególnej grupy Polaków spod cywilizowanego prawa, skutkuje zamienienie pozostałych w społeczność nie potrafiącą zdefiniować i obronić swoich interesów, nie potrafiącą wygenerować takich partii i polityków, którzy by te interesy wyrażali.

    Polska jest jedynym krajem z dawnych tzw. Demoludów, który nie przeprowadził reprywatyzacji swoich obywateli. Z najweselszego baraku w tych Demoludach staliśmy się wiecznym płatnikiem podatków i roszczeń, oraz rezerwuarem taniej siły roboczej pod specjalnym nadzorem. Przemysł wyprzedany. Za chwilę przyjdzie czas na sprzedaż ziemi. Będziemy handlować runem leśnym przy drogach? O ile nam pozwolą wejść do lasów, bo i na lasy się szykują. Oraz na ustrój wodny.

    Czy przeciwna zwrotowi mienia polskim obywatelom opozycja, po ewentualnym przejęciu władzy, zamierza usatysfakcjonować druga stronę, z którą PO zawarło umowy? Na przykład – niedawno, na sesji wyjazdowej rządu do Izraela? Tak pytam, na marginesie problemu z polską ziemią…

    Tak więc, jak Państwo widzą, reprywatyzacja własności ziemskiej jest znacznie szerszym i poważniejszym problemem, niż można by przypuszczać.

    poniedziałek, 9 czerwca 2014

    ANR sprzedaje kolejne dworki i pałace



    Agencja Nieruchomości Rolnych chwali się kolejnymi udanymi transakcjami. Nie chodzi jednak wyłącznie o ziemię, ale także o zabytkowe budynki.
    Tylko w maju wrocławskiemu oddziałowi terenowemu ANR udało się znaleźć nowych właścicieli dla dwóch wyjątkowo cennych nieruchomości. - W siedzibie OT ANR we Wrocławiu odbył się skuteczny przetarg na zespół pałacowy we wsi Osiek. Kompleks o powierzchni 3,73 ha osoba prywatna nabyła za 545,4 tys. zł - informuje agencja.

    Dworki i pałace nie podlegały reformie rolnej

    W ostatnim czasie coraz bardziej zauważalna staje się linia orzecznicza, zgodnie z którą obiekty takie jak dworki i pałace nie podlegały wywłaszczeniu na podstawie przepisów dekretu PKWN z 6 września 1944 roku o przeprowadzeniu reformy rolnej.
    Niedawny wyrok NSA o sygn. I OSK 437/12 potwiedza, że sądy coraz częściej stają na stanowisku, że na potrzeby realizacji reformy rolnej mogły być przejmowane tylko nieruchomości gruntowe, co do których istniała możliwość ich wykorzystania na potrzeby produkcji rolnej, nie zaś nieruchomości o charakterze dworsko-pałacowym. 
    Wspomnianym wyrokiem NSA oddalił skargę kasacyjną powiatu jarocińskiego potwierdzając jednocześnie, że zespół parkowo–pałacowy w Zakrzewie koło Jarocina, dawniej siedziba rodziny Draheimów, nie podlegał reformie rolnej. Wieloletnia batalia spadkobierców Joachima Karola Draheima zakończyła się uznaniem przez sąd, że dekret o reformie rolnej nie dawał podstaw do przejęcia całego mienia osób fizycznych, w tym wszystkich gruntów i zabudowań, bez względu na ich charakter i możliwy sposób wykorzystania. Sąd uznał ostatecznie, że zespół parkowo–pałacowy nie mógł być wykorzystywany do prowadzenia działalności roliczej, wobec tego nie mógł być przedmiotem wywłaszczenia na podstawie dekretu PKWN z 1944 roku. 
    Kolejne lata pokażą na ile stanowisko sądów w tej kwestii będzie jednolite i niezmienne. 
    Wspomniany wyrok NSA wydaje się jednak zwiększać szanse na zaspokojenie roszczeń osób pozbawionych majątków ziemskich w wyniku reformy rolnej bądź ich spadkobierców.

    Sąd Najwyższy mówi NIE dla zasiedzenia nielegalnie znacjonalizowanych dóbr

    Czy można wymagać od byłych właścicieli znacjonalizowanych dóbr aby ci upominali się o swoje dobra w okresie PRL? Odpowiedz na to pytanie ma zasadnicze znaczenie przy rozstrzyganiu spraw dotyczących przedawnienia roszczeń reprywatyzacyjnych.
    Sąd Najwyższy w dwóch przełomowych orzeczeniach (sygn. akt: IV CSK 63/11 i IV CSK 77/11) uznał, że PRL to okres, w którym istniał rodzaj siły wyższej (vis maior). Zdaniem Sądu, byli właściciele byli w tym czasie pozbawieni realnej możliwości domagania się zwrotu bezprawnie zabranego im mienia. Stan siły wyższej oznacza, że zawieszeniu ulega bieg terminu przedawnienia na rzecz Skarbu Państwa.
    W tej sytuacji Prokuratoria Generalna reprezentująca w postępowaniach reprywatyzacyjnych Skarb Państwa nie może jak dotychczas powoływać się na zasiedzenie nielegalnie znacjonalizowanych nieruchomości przez Skarb Państwa.
    Najnowsze wyroki Sądu Najwyższego podważają dotychczasową linię orzeczniczą opartą na uchwale całej Izby Cywilnej Sądu Najwyższego z dnia 26 października 2007 roku (sygn. akt: III CZP 30/07), zgodnie z którą sąd rozpatrując zawieszenie terminu zasiedzenia w okresie PRL powinien każdorazowo oceniać przesłanki indywidualne, w tym sytuację i szykanowanie właścicieli. W rezultacie, jeśli nie udało się dowieść, że w okresie PRL właściciele byli przez władze szykanowani okres zasiedzenia biegł w najlepsze i wraz z przełomem 1989 roku najczęściej okazywało się, że jakkolwiek nie było powodów do znacjonalizowania dóbr, to Skarb Państwa stał się już ich legalnym właścicielem w drodze zasiedzenia.
    Jeśli nowa linia orzecznictwa się utrzyma dowód na szykanowanie okaże się zbędny. W postępowaniach reprywatyzacyjnych PRL stanie się generalną przesłanką wyłączającą zasiedzenie. Nie trzeba dodawać, że to wielce korzystna zmiana.

    Reprywatyzacja to proces polegający na zwrocie uprzednim właścicielom (ich następcom prawnym-spadkobiercom) mienia przejętego przez państwo w drodze nacjonalizacji lub wywłaszczenia.

    Nieruchomości ziemskie zostały przejęte na podstawie dekretu z dnia 6 września 1944 r. o przeprowadzeniu reformy rolnej, na mocy którego państwo weszło w posiadanie wielu majątków ziemskich o rozległych powierzchniach wraz z mieniem ruchomym i przedsiębiorstwami przemysłu rolnego,

    Kluczowym zadaniem ówczesnych władz było również upaństwowienie podstawowych gałęzi przemysłu przez przejmowanie zakładów przemysłowych, handlowych i transportowych, fabryk i banków, Na podstawie dekretu z dnia 8 marca 1946 r. o majątkach opuszczonych i poniemieckich oraz dekretu z dnia 16 grudnia 1918 r. o przymusowym zarządzie państwowym, nastąpiło przejęcie przemysłu w zarząd tymczasowy, a następnie na stałe na podstawie ustawy z dnia 25 lutego 1958 r. o uregulowaniu stanu prawnego mienia pozostającego pod zarządem państwowym. Jednocześnie nacjonalizacja przemysłu przebiegała według ustawy z dnia 3 stycznia 1946 r. o przejęciu na własność państwa podstawowych gałęzi gospodarki narodowej;

    Na mocy dekretu z dnia 26 października 1945 r. o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze miasta stołecznego Warszawy , właściciele nieruchomości warszawskich zostali pozbawieni prawa własności do gruntu,które przeszły na własność gminy, a następnie Skarbu Państwa. Założeniem dekretu było umożliwienie ...”racjonalnego przeprowadzenia odbudowy stolicy i dalszej jej rozbudowy zgodnie z potrzebami Narodu , w szczególności zaś szybkiego dysponowania terenami i właścicwego ich wykorzystania “......Tym samym aktem gwarantowano włścicielom możliwość uzyskania prawa własności czasowej lub prawa zabudowy; W praktyce okazało się jednak, że warszawiacy nie tylko stracili grunty ale również budynki znajdujące się na tych gruntach. Jednak problem odszkodowań dla warszawiaków za utracone w wyniku tej komunalizacji mienie do chwili obecnej nie został rozwiązany, a jedyna droga do uzyskania stosownej rekompensaty wiedzie przez sądy.

    Obecnie bezprawność wymienionych powyżej aktów nacjonalizacyjnych jest podstawą roszczeń byłych właścicieli oraz ich spadkobierców o naprawienie skutków tych zdarzeń, chociaż w wielu przypadkach spowodowały one nieodwracalne zmiany w prawie własności.

    Polska jest jedynym krajem w Europie Środkowo- Wschodniej, w którym po 1989 r. w pełni nie przeprowadzono procesu reprywatyzacji. Obecnie można jedynie mówić o tzw. "małej reprywatyzacji", czyli zwrocie mienia w naturze lub odszkodowaniu za jego przejęcie na podstawie ostatecznych decyzji administracyjnych czy prawomocnych orzeczeń sądu. Jednakże dotyczy to jedynie tych przypadków, gdy przejęcie mienia było bezprawne (np. brak podstawy prawnej czy przekroczenie granic nacjonalizacji).

    Przepisy Kodeksu postępowania administracyjnego dają możliwość uchylenia krzywdzącej decyzji administracyjnej, która spowodowała utratę mienia, lub uznanie takiej decyzji jako wydanej w sposób sprzeczny z prawem. W każdym z tych przypadków były właściciel oraz jego spadkobiercy mają możliwość odzyskania utraconego mienia w naturze lub uzyskania stosownego odszkodowania

    W zależności od końcowej decyzji w postępowaniu administracyjnym, byłemu właścicielowi przysługuje określone roszczenie. W przypadku, gdy została wydana decyzja stwierdzająca nieważność decyzji o przejęciu mienia, oznacza to, że państwo nigdy nie stało się właścicielem przedmiotowego mienia, a jedynie objęło je w bezumowne faktyczne władanie. Wtedy właścicielowi przysługuje roszczenie o wydanie mienia.

    Roszczenie o odszkodowanie przysługuje właścicielowi w przypadku stwierdzenia nieważności decyzji nacjonalizacyjnej w sytuacji, gdy niemożliwe jest odzyskanie mienia w naturze oraz w przypadku, gdy organ administracyjny ograniczy się do stwierdzenia, że decyzja nacjonalizacyjna została wydana z naruszeniem prawa, ale nie można stwierdzić jej nieważności z powodu zaistnienia nieodwracalnych skutków prawnych.